[Źródło: Szymon Pifczyk, Kartografia Ekstremalna]

https://i.redd.it/eilcw03o92gg1.png

Von 9Laser

24 Kommentare

  1. Wonderful_Dish8148 on

    Nic dziwnego na wschodzie nie ma żadnych miast więc jak ktoś chce mieć lepsze życie migruje do jedynego

  2. Distinct_Morning4869 on

    Ciekawe na podstawie czego to stwierdzono bo jeśli po zameldowaniu to wartości są mega nie doszacowane.

  3. RelatableWierdo on

    mówienie o wysysaniu brzmi trochę jakby Warszawa coś aktywnie robiła, żeby te osoby przyciągnąć.

    Moim zdaniem to raczej mieszkańcy Polski Wschodniej patrzą na realia życia, rynek pracy i szukają miejsca do którego mogliby wyjechać, a Warszawa to jedna z opcji, zwłaszcza dla osób które nie chcą wyjechać daleko

  4. I dobrze. Urbanizacja to nie tylko łatwiejsza w rozbudowie i tańsza w utrzymaniu infrastruktura (woda, prąd, transport, telekomunikacja/internet) ale także lepszy dostęp do nauki, kultury i rynku pracy dla wszystkich.
    W idealnym świecie poza (wielkimi) miastami żyją tylko rolnicy i ewentualnie jacyś górnicy; a tych w dzisiejszych czasach w tym kraju jest nie za wielu; a więc kogo się da ładować do miast a resztę Polski po równo przerobić na rezerwaty przyrody, tereny rolnicze i tereny kopalniane… a tereny przygraniczne zaminować w pizdu XD

  5. Jak mieszkam w Łodzi ale pracuje zdalnie dla warszawskiego korpo to w której grupie jestem?

  6. Tylko warto spojrzeć, że ten najciemniejszy kolor na tej mapie to jest 5 osób na 1000.

  7. Czyli to dlatego połowa ludzi z Warszawy pochodzi z mojej prowincji oddalonej o 100km

  8. HemisphericCommonM on

    O nie, ludzie migrują do miejsc gdzie jest praca i z jakiegoś powodu to coś złego.

  9. working_clock on

    Konsekwencja braku pracy i perspektyw dla ludzi. Rynek, który nigdy się nie myli, inwestuje tylko w miasta, a potem zdziwko, że Polacy mają przyrost na poziomie Korei i Japonii, jak wychowali się na wsi, a muszą mieć dzieci w chlewie kawalerkowym.

  10. Emergency-Constant44 on

    Mieszkałem w Gdańsku, Warszawie, Rotterdamie i Hamburgu. Nigdzie nie było mi tak dobrze jak obecnie, w małym, rodzinnym mieście powiatowym. Pewnie czynnikiem jest dobra praca zdalna, ale sam fakt tego, że nie potrzebuje auta żeby się przemieszczać jest super.

  11. Na północy Mazowsza absurd nie jest gatunkiem literackim, tylko codziennością. Tutaj jedyną atrakcją turystyczną jest „miejsce, gdzie kiedyś miał być chodnik”. Człowiek żyje tu spokojnie, zna każdego po imieniu. Zna się tutaj każdą dziurę w asfalcie. I każdy wie, że jak coś się wydarzyło, to najpierw dowiesz się o tym od sąsiadki, a dopiero potem… nie dowiesz się nic więcej, bo to była cała historia.

    Do czasu. Teraz nikt już nie mówi dzień dobry, bo dobry to może był kiedyś. Bo potem zaczęło się safari.

    Jeżdżą wszędzie te auta. Co chwilę tylko miga jakaś rejestracja: WA, WB, WI, WY. To Warszawiacy. Przyjeżdżają tutaj całymi kolumnami. Czarne auta, ciemne szyby, popijają czarną kawę z ekologicznej uprawy. A w bagażnikach mają wielkie worki, jak na ziemniaki. Tylko, że ziemniaki nie krzyczą.

    Nie polują na wszystkich. Tylko na czytelników. Najlepiej takich, co czytają za uważnie.

    Kolumnę widziano najpierw w Bodzanowie, później w Bulkowie, a następnie w Bielsku, Zawidzu Kościelnym, Gozdowie, Radzanowie. Potem w Raciążu i Drobinie. W Rościszewie ludzie przestali wychodzić z domów. W Ciachcinie zaczęli palić książki z gminnej biblioteki w piecach, ale i tak było za późno.

    Schemat zawsze ten sam.

    – Auto staje.

    – Silnik gaśnie.

    – Ptaki milkną.

    – Prezydent wysiada pierwszy.

    Nie przedstawia się. Nie trzeba. Patrzy na ludzi jak na półkę w Empiku i mówi cicho:

    >Bonjour. Co czytasz?

    Nie ma „jak leci”. Nie ma „a co słychać”. Tylko to pytanie.

    – W Słupnie ktoś powiedział: „Labirynt nad morzem” Zbigniewa Herberta. Worek.

    – W Bielsku: „Widnokrąg” Myśliwskiego. Dwie osoby musiły złapać go za ręce, bo tak się szarpał.

    – W Zawidzu dziewczyna przyznała się do „Imienia róży” Eco. Uśmiechała się, jakby dostała wyróżnienie na szkolnej akademii, kiedy wrzucali ją do wora.

    – W Gozdowie padły „Eseje” Miłosza. Prezydent tylko skinął głową. To był dobry strzał.

    Najbezpieczniej było nie czytać. Albo czytać źle. Super Ekspres. Przyjaciółkę. Instrukcję do nawozu. Tablicę ogłoszeń. Komentarze na Facebooku. Tacy wracali do domu i cieszyli się głośniej niż wypada. Jakby po ucieczce przed czymś, czego nie da się opowiedzieć.

    Ale byli też inni. Tych, co mówią „czytam wszystko”, nie biorą.

    Zostają.

    Na przestrogę.

    Stoją potem pod sklepem. Nie rozmawiają. Jak ktoś ich zapyta, co czytają teraz, odpowiadają:

    – „Ja? Ja już nic nie czytam”.

    Wiedzą, że byli blisko. Za blisko.

    Mnie złapali między Szczutowem a Sierpcem. Jechałem rowerem leśną drogą. Nagle zawiał wiatr na południowy-wschód, w stronę Warszawy. W mgnieniu oka zrobiło się zimno, chociaż prognoza pogody zapowiadała piękny dzień. Potężne czarne BMW na WE stanęło przede mną. Ogromne niczym Pałac Kultury i Nauki. Stało tak, jakby stało tam od zawsze.

    – Bonjour. Co czytasz? – zapytał Rafał jedząc wafelka Prince Polo.

    Nie wiem czemu powiedziałem prawdę:

    – „Silmallirion” Tolkiena.

    Uśmiechnął się do mnie ładnie. Worek były już otwarty, szeroko jak uśmiech Trzaskowskiego. W środku było ciemno i pachniało matchą.

    Dojechaliśmy na opłotki Warszawy. Chyba dojechaliśmy na Pułkowa i stanęliśmy pod McDonalds. Wyrzucili mnie ze środka. Prezydent popatrzył na mnie długo. Za długo.

    – Zostaniesz z nami – powiedział Rafał – jeszcze mi się przydasz.

    I tak jeżdżę z nimi. Siedzę obok „dźwięku pękającej narty.” Wiem, na kogo patrzeć. Widzę to po oczach, po dłoniach, po tym, jak ktoś trzyma książkę, nawet gdy jej nie ma. Wysiadamy w kolejnych miejscowościach. Prezydent mówi bonjour. Ja stoję krok za nim.

    I kiedy pada pytanie:

    – Co czytasz?

    Ja już wiem, kto pojedzie w worku. Kto trafi do nowej pracy na Rondzie OZN czy na Daszyńskiego. Kto wyląduje w consultingu, a kto w marketingu, a kto dziś wróci do domu szczęśliwy, że znowu mu się udało.

    Jeśli więc jesteś z północnego Mazowsza i widzisz czarną kolumnę pod sklepem nie czytaj.

    A jeśli czytasz, to obyśmy się nie spotkali.

  12. Dannyl_Tellen on

    Ach ta cholerna Warszawa i jej podstępny i nikczemny wysoki standard życia, rozbudowana komunikacja miejska, duży wybór uczelni wyższych i miejsc w pracy nagminnie wysysający prowincje.

  13. CompanyImpressive884 on

    Z Lubelskiego jest wysysana głównie cała północ województwa, ponieważ Warszawa to najbliższe miasto. Może nie kilometrowo lecz znacznie łatwiej jest dojechać do Warszawy z Białej Podlaski lub Łukowa niż do Lublina. Połączenia drogowe i kolejowe, czynią te tereny tak naprawdę osobną wyspą Lubelszczyzny. Państwo nigdy nie zainwestowało w te okolice by je razem połączyć – północ południe. Wszystko idzie Wschód Zachód, a jedna z tych lini centralnie idzie z Warszawy do Białej Podlaski.

  14. Zastanawia mnie tu wysyp ludzi przekonanych, że każdy powinien żyć w mieście, według ich schematu, gdyż jest to jedyne dobre i właściwe rozwiązanie. Co z jakąś wolnością wyboru i życiem po swojemu?

  15. I vice-versa chciałoby się powiedzieć 😉

    Bo rzadko kiedy odnotowujemy, że ten proces jest obecnie… dwustronny. O wiele bardziej, niż kiedyś w każdym razie,

    Dla mnie było sporym odkryciem, gdy w czasie słynnej pandemii postanowiliśmy się wynieść z Warszawy (w której się urodziłem, wychowałem i „zawsze“ mieszkałem, przynajmniej w tym życiu…) Otóż okazuje się, że w mojej obecnej okolicy (50+ km od Warszawy), już prawie połowa mieszkańców, to (jak tu sobie żartujemy) „imigranci z Warszawy“. W gminie powstaje wiele nowych domów, lub kupowane są ładne stare i remontowane i… zdecydowana większość to ex-warszawiacy. Tymczasem młodzi miejscowi… marzą o Warszawie. 😉 Ot taka ciekawostka. Z tego co wiem od znajomych, podobny proces ma miejsce w okolicach innych dużych miast w Polsce (np. pod Krakowem, czy Wrocławiem), a więc nie jest to raczej tendencja lokalna. Powszechność pracy zdalnej jedynie przyspieszyła i ułatwiła ten proces.

  16. GrinchForest on

    Jeśli nie ma pracy, produkcji lub perspektyw to nic dziwnego, że ludzie uciekają.
    A co gorsze nie dotyczy to wyłącznie małych miasteczek, ale też dużych miast, bo wystarczy spojrzeć na Kielce, Olsztyn, Białystok czy Częstochowę. 
    A utrzymanie dużych miast kosztuje to zaraz wpadną w błędne koło: 
    nie ma pieniędzy->podniosą podatki->ludzie uciekają->nie ma kto płacić podatków zatem nie ma pieniędzy.

  17. Niestety w Polsce postawiono na centralizację kraju. Szkoda bo w latach 90tych była jeszcze szansa na rozwój w stylu niemieckim.

Leave A Reply